spiżarnia myśli i wrażeń wszelakich











Robię krok wstecz.
I chciałabym, chciała bardzo,żeby minął czas “x” i żebym wiedziała,że krok wstecz z perspektywy czasu przekonwertowały zdarzenia w wielki milowy krok.
Ostatecznie mogę myśleć,że to wcale nie jest krok wstecz!
Może to właśnie – moja droga, która przecież nie musi pasować do powszechnie przyjętych schematów?
Ale ja wiem swoje.I wiem,że się cofam.
Na jednej tylko przestrzeni,ale cofam.

Coś pomiędzy rzeczywistością obiektywną a emocjami, które spowalniają.
Niczego w tej materii nie da sie przyśpieszyć.

Nie lubię bardzo gdy tak spokojnie mówię, nigdy-z rzadka tak robię.
Nie lubię tak patrzeć w podłogę…
tak oddychać spokojnie,tak rozciągać w nieskończoność, cokolwiek w ręce mi wpadło przed minutą, kiedy zacisnęłam między palcami, do odwołania.

I powinno być lżej-bo rzeczywistość stała się wreszcie taka,jak chciałam.
Powinno być wyraźniej i mgła strachu powinna się rozpłynąć.

A ja szczerze czuję się tak,jak bym uciekła sprzed ołtarza.
(do ślubu polecam wygodne buty)

i ciekawe,czy to nie lepsze,niż kiedy “zabraknie Ci benzyny na świętokrzyskim”.
w tym metaforycznym sensie.
bo mi zabrakło.



{styczeń 25, 2008}   nic czasem nie zastąpi…

słodkość
ostatnio piekę,gotuję,smażę więcej niż dotychczas…
rozmarzam się w zapachach i smakach, które powstają.
zapominam się i zapominam pamiętać o pewnych sprawach, gdy mieszam,gdy rozpuszczam konfiturę,by stworzyć z niej sos, gdy z ciasta wycinam paski na misternie potem układaną kratkę.
lubię jak blat pokrywa mąka i można odbijać na niej ślady jak na śniegu.dłoni tak na przykład.
lubię oblizywać palce z pysznego słodkiego ciasta.
szkoda,że nie mogę chodzić po kuchni na bosaka…pewnie dla stóp też wymyśliłabym zabawę.

hm.a przecież jedzeniem nie można się bawić.



{grudzień 23, 2007}   spanie pod choinką

Tu jest po raz pierwszy.Ale ma swój kąt, podobny do tego, w którym jej siostry mieszkały na corocznych zimowych wakacjach w domu Rodziców.
Jest duża i mam nadzieję,że będzie stała wyprostowana i nie zechce w najmniej odpowiednim momencie zniżyć się do poziomu podłogi.
Ubrałam ją wspomagana siłami – dosłownie- wyższymi – dzięki temu żadna ważna gałązka nie pozostała pusta i samotna bez zabawki.
Lubi tylko czerwono – złote kolory,ale jak da się jej trochę słodyczy, to nieważne jakiego będą koloru wcale nie pozostanie obojętna…
Spadł śnieg i może czasem wychyli zza okno zazdrosna gałąź – tęsknota za prawdziwą ojczyzną i jedynym słusznym domem, do którego z mojej winy przecież już nie wróci.
Ale postaram się dać jej w zamian wiele dobrego…
Na początek – czytam jej mój podarek,może dawno już był czas na Nieznośną lekkość bytu,ale zawsze czasu na coś brak.
To niesamowite jak każdy człowiek ma w sobie pewne wyjątkowe i (prawie)niepowtarzalne sposoby na bycie w danej chwili, które znają nieliczni,a z których nieznaczności pozornej wyrasta wspaniałość.
Teresa nie potrafiła zasnąć nie trzymając kurczowo Tomasza za palec, miała też swoja ciężka walizkę i burczało jej w brzuchu…

Każdy to ma.

A najlepiej czyta się pod choinką…



{październik 9, 2007}   kuchnia-tak,ale po szwedzku!

http://nelja.files.wordpress.com/2007/10/kottbullar.jpgbył dzień szwedzki…:)
choć wyłącznie w kuchni zdarzył się i mimo kilku momentów przerażenia – udał sie przepysznie!
własna kuchnia daje jednak wiele możliwości,więc w szlachetnym ukłonie wobec piątku-leniwego postanowiliśmy nakarmić się.
nie zmienię chyba nigdy zdania,że nie ma lepszych warzyw i owoców,jak te otrzymywane w małych straganach i budkach, w których nie są w ilościach hurtowych.
w dodatku urocza pani zdradziła mi tam sekrety zasmażki ciemnej i zupy z warzyw!
są miejsca w których ludzie czasu nie liczą…nadal!
i mieszały się zapachy, świeżej z kroplami wody po myciu natki z musztarą sarepską, kolendra też nie pozostała dłużna w roztaczaniu swoich uroków aromatycznych, choć sprawiła nam psikus, bo moździerza nie mam i przyszło nam rozłupywać ją na sposoby dziwne wręcz:>
i jaki sos był przepyszny!
wiecie,jak sprawić by nadmiar chilli nie był aż nato nadmiarem?
miód i jego moc…też znalazły sie w miksturze…
i to,co wikingom pomagało przetrwać, piękna żurawina cała.
ale uroku jedzenia köttbullar tak nie zastąpi żaden opis…



{sierpień 21, 2007}   Paris, je t’aime!

a kysz, a kysz! kurzu krzty stąd…
uu…
//
- cytaty warto pamiętać i warto się nie tylko śmiać ale też – rozśmieszać
- nikt nie chce męża, co poczucia humoru nie ma…też bym chyba nie chciała, więc dziwić się nie ma czemu
- w paryskim metrze zdarzyć może się wszystko, a przynajmniej kilka “niezwykłości” na pewno
- przewodniki warto czytać, w szczególności zwracając uwagę na pewne osobliwe przypadłości związane z zachowaniami społecznymi
- do dzieci trzeba mieć świętą cierpliwość
- a każdej mamie przydaje się kojący głos i smukłe dłonie
- kobiety krzyczą w piękny sposób, o ile ten krzyk nie jest -tylko- krzykiem złości i bólu
- milość może być horrorystycznym komiksem
- ten pan zamawia to samo wino, co ta pani…

Paris, je t’aime – i mimo,że zimno było,jak diabli,to letnie kino pod gwiazdami wciąż nie zawiodło-film, bardzo polecam i proszę się nie zrażać miłosnym tytułem.



{styczeń 8, 2007}   ah!i co?

tu miał być post o piosence o takim…jednym… uczuciu,co jest jak czary i o stepowaniu,ale moja nieumiejętność posługiwania sie komputerem sprawiła,że nie wiem, co się stało z pracowicie napisanym tekstem,więc tylko zaznaczę,że był!
no naprawdę! ładnie napisałam i co?!
i nic.
idę potańczyć i pośpiewać do odkrytej piosenki:)



{grudzień 28, 2006}   o soczystym uleganiu pokusie…

uwaga!zapach cudowności!
uwielbiam pomarańczowe owoce!
bezgranicznie!
po stole porozrzucane leżą skórki od mandarynek…
to mój smak z dzieciństwa, małych owocowch przysmaków, dostępnych wówczas w utkanych-siatkowych-woreczkach, a na niektórych nawet widniały naklejki,oznajmiające kraj pochodzenia!

czuję na palcach ich zapach…
pokusom warto ulegać…



to pierwsza rzecz,jaką zobaczyła dziś, kiedy wynurzyłam poczochraną głowę spod kołdry i leniwie otworzyłam oczy…

tam gdzieś daleko jest...



{grudzień 23, 2006}   zgadnij, co mam na tapecie?

Mój nowy telefon robi zdjęcia. Teraz z resztą chyba każdy telefon juz robi zdjęcia. Ale ja mojego telefonu nie lubiłam na początku wcale. Bo był taki nowy…Jednak do telefonu, jak do innych rzeczy też, wniosek z tego można się przywiązać. Skutecznie. A przynajmniej na tyle, że pojawienie się nowego wywołuje burze, chaos i niezliczone telefoniczno-techniczne komplikacje.
Więc jak już się oswoiłam z najpotrzebniejszymi funkcjami mojego supertelefonu i przestałam tęsknić za tym starym,to postanowiłam zakraść się do testowania funkcji pstrykania.W ogóle to zdjęcia telefoniczne nigdy nie będą taką wymarzoną fotografią, ani nigdy telefon nie będzie substytutem lustrzanki…Ale jakieś codzienne, przelotem robione zdjęcia, czemu nie?
Więc od tygodnia zdarza mi się zatrzymywać sekundy w kadrze.Zdarzyło mi sie już obfotografować pierniczki, które dostałam na jednej wigilii, plakat, który wisi wdzięcznie nad moim biurkiem,trochę nieudolnie dziś testowałam w – tu cytat za M.:)”dyżurnym barze” naszej licealnej ekipy, tryb nocny na zmianę z opcją dającą dużo światła, uwieczniając zgromadzonych, a wczoraj pstryknełam dwa super- świetne zdjęcia z albumu i jedno powędrowalo na telefoniczno-ekranową tapetę.
Dużo przebywam z moim telefonem i mimo wszystko fajnie jest patrzeć na coś ładnego i tak miło sie przypominającego jak zdjęcie, ktore symbolizuje coś o czym wiem, tylko ja…



Prawie się przy nich zatrzymałam. Bez tchu niemal i bez ruchu. I dlaczego do końca nie wiem. Było w nich coś ujmującego w swojej niezwyczajnej prozaiczności. Chyba niczym specjalnym się nie wyróżniali spośród ludzi mijających ich na ulicy tego popołudnia. Najpierw zauważyłam walizkę. Czarną.Też zwykłą – zwyczajną. Ale dzięki niej podniosłam wzrok.
Ona i on w płaszczach. Czarnych. Ona w wysokich butach, dzięki czemu ich twarze były w stanie osiągać ten sam poziom bez większego wysiłku. Żadnych kolorowych szalików, figlarnych wzorów, zmyślnych dodatków, które zwracałyby na nich uwagę reszty społeczeństwa.
A jednak byli najbardziej widoczni…
I nic też nadzwyczajnego, w tym co robili w zasadzie nie było… Bo dla zewnętrznego obserwatora, pasażera chwili tamtej, to było oceniane w wartościach bezwzględnych – jakiś tam pocałunek, jakiś tam dwojga ludzi…
Nie pamiętam kiedy jednak widziałam ludzi – starszych nawet jeszcze od moich rodziców -całujących się tak śmiało na ulicy.
Fajnie, nie?
A jednak takie rzadkie…



itd.